Imieniny matki w kresowym dworze polskim

Zapraszamy do przeczytania wspomnień pana Jerzego Pieńkowskiego, który urodził się w 1901 roku w Dołubowie. Czytając wspomnienie pana Jerzego możemy się przemieścić w czasie, wręcz poczuć tą atmosferę radości i celebrować imieniny matki…

 

Przedruk w całości pochodzi z Biuletynu  Dyskusja Kwartalnik Wojewódzkiego Domu Kultury w Białymstoku Nr 1/22/90 (1990 styczeń – marzec)

 

IMIENINY MATKI

w kresowym dworze polskim

(przed pierwszą wojną światową, pod zaborem rosyjskim)

Jerzy Pieńkowski

 

Dla mnie przygotowania do imienin Mamusi zaczęły się w listopadzie. Najpierw wyprawa do Mielnika po prezent i kalkomanie. Ojciec doradził coś sensownego, ale pozostawił mi zupełną swobodę wyboru, decyzja zapadła w sklepie Kopia albo Krakowa. A więc perfumy Ostroumowa (jedyne jakie były w sklepie), oczywiście nie brałem pod uwagę zapachu, tylko kształt flakonu i ozdobność estykiety. Dziś wydaje mi się, że Mamusia nigdy nie używała tych perfum, ale ja o tym nie wiedziałem,a flakon zawsze stał na toalecie. Kalkomanie z reguły kwiatki i motyle. Te ostatnie były potrzebne do laurki, i wiele arkuszy szło do kosza, zanim wreszcie jeden wymęczony został zaakceptowany przez mojego korepetytora pana Jabrzemskiego. Potem zaczynała się rzecz najstraszliwsza: mozolne kaligrafowanie życzeń ołówkiem i pociągnięcie piórem. W końcu odpowiednio brudna i wygnieciona laurka była gotowa. Pan Jabrzemski gumą i scyzorykiem doprowadzał ją do porządku i szła pod grube książki do odprasowania. Wierszyk z życzeniami wchodził sam do głowy przy kaligrafii.

 

W dniu imienin wyczesany (kiedyś miałem włosy), wymyty i z czystymi paznokciami (co było niezmiernie ważne), w najlepszym ubranku, z laurką zwiniętą w rulonik przewiązaną wstążeczką i z prezentem, leciałem do Mamusi, żeby wyrecytować życzenia i gorąco ucałować. Odbywało się to zawsze rano zanim Mamusia wstała z łóżka, bo ja musiałem złożyć życzenia pierwszy. Po śniadaniu, w tym dniu z Mamusią i w jej pokoju, ulatniałem się do stajni, ażeby jeszcze raz obejrzeć! czwórkę karych z Patkowa i porozmawiać z furmanem, bakobrodatym Mikołajem. Dziadzio (ojciec mojej matki dr Michał Faytt, właścieciel majątku Patkow, pow. Konstantynowski ówczesnej gubernii Siedleckiej) z wujaszkiem Wacławem (Wuj mojej matki Wacław. Dobrzyński, którego wszyscy nazywali wujaszkiem) przyjechali w przeddzień imienin,; pozatem już byli w Sutnie stryj Ignacy ze stryjenką Juntą, pan Antoni (Kamiński) i pan Włodzimierz Perzyński. Dzień był wolny od lekcji i z powodu imienin i z powodu święta Niepokalanego Poczęcia Najśw. Maryi Panny. Siedziałem w stajni z Bankiem (Aleksander Kożluk syn pastucha bydła służbowego, mój ówczesny towarzysz zabaw, a także niektórych lekcji- W jasełkach zorganizowanych przez pana Jabrzemskiego poprzedniego roku grał rolę pastuszka Banka i to imię pozostało mu na długie lata) i niecierpliwie czekałem nie tyle na gości, co na następne konie i ekwipaże. Najpierw przyjechał stryj Jan ze stryjenką z Osnówki. Czwórka siwych z furmanem Wolskim, iezdził ostro, konie przychodziły zgrzane i buchały parą, Wolski objeżdżał dość długo dookoła klombu, a ja siedziałem na koźle, ba trzymałem lejce całej czwórki, rozpytywałem którędy jechali, czy przez Drohiczyn i szosą przez Radziwiłłówkę, czy też wprost przez Siemiatycze i Osłowo?’ gdzie stryj Jan zabił bażanty, których cała wiązka przyjechała pod kozłem itd. Potem przyjechał pan Henryk Ciecierski ze Słowiczyna, czwórka nie była maścista, ale za to furman miał kolczyk w uchu, co mnie bardzo intrygowało. Pan Ciecierski zaraz po przyjeździe przynosił pod połą tyrolskiej kurtki białą koszulę z wykrochmalonym gorsem i pokazując Mamusi pytał czy ma się przebrać, oczywiście był zawsze z tego obowiązku zwalniany.

 

Obiad był wcześnie około drugiej, bez wódek i przekąsek, a tylko z winem. Po obiedzie wszyscy przechodzili do salonu, a dziadzio ze stryjami i panem Antonim zaczynali winta w biblioteczce. Ja znów sterowałem do stajni i oczekiwałem na najpiękniejsze konie dziadzia Kopcia (Adolf Kopeć, właściciel majątku Patkow — Prusy, powiat Konstantynowski). Wreszcie przyjechał pająkiem parą cudnych arabów, kasztany z gwiazdkami. Zawsze powoził sam, konie bardzo oszczędzał, nigdy nie używał bata. Koło czwartej już się ściemniało i za perswazyjną radą Szczygła (naszego furmana) pożegnałem się z Bankiem i wróciłem do domu. Adam w paradnym fraku nakrywał do kolacji i jak zawsze kłócił się z każdym nożem i widelcem, które uparcie robiły coś na przekor, Franc w żakiecie rozstawiał przekąski na bocznych stołach i taktownie przypominał Adamowi o kruchości porcelany i szkła. Dom był oświetlony a giorno, w przedpokoju paliła się świeca pod szklannym kloszem dla wprowadzenia gości. Po piątej zjechała reszta gości: dziadzio Kowalski z Falatyczki i Telatycz, wreszcie Szczygieł przywiózł ks. Szadurskiego z Niemirowa. Adam i Kasia (jej wesele w 1913 roku było ostatnim przyjęciem w starym dworze, jesienią 1913 został rozebrany, gdyż nie nadawał się do dalszej konserwacji) śmigali z kawą i herbatą a ja kręciłem się, bez przydziału, rozgoryczony że nie mogłem już iść do stajni. Po chwili zjawił się pan Jabrzemski w oparach Ostroumowa i mój wielki przyjaciel pan Bolesław Przeździecki, rządca który ze swoimi bakami i wąsami był dla mnie uosobieniem księcia Józefa Poniatowskiego. O 7-mej Mamusia wyszła z salonu, i po krótkim przeglądzie przygotowań w stołowym, poszła się przebrać, zabierając mnie z sobą na jeszcze jedno mycie i czesanie, które z powodu imienin starałem się znieść pogodnie ale już za chwilę byłem w piwnicy, gdzie Franc wybierał wino, a ja szukałem jakiejś dojrzałej renety.

 

Wejście Mamusi do salonu było dla mnie zawsze zjawiskiem, w ślicznej długiej szeleszczącej sukni z koronkowym kołnierzem i mankietami, ż długimi kolczykami wyglądała cudownie i chyba naprawdę była piękna (Żeromski twierdził, że była najprzystojniejszą panienką na pensji pani Czarnockiej w Warszawie) Drzwi do stołowego otwały się na oścież, Stara porcelana, kryształowe kieliszki i szklanki grające wszystkimi kolorami, na śnieżnym obrusie pradziadowskie srebra, wszystko co najładniejsze było na tym stole, nawet Ciapcie na wyłysiałej niedźwiedziej skórze przed kominkiem patrzyły oczarowane. Wódki i zakąski pito i jedzono na stojąco. Ja podskubywałem tartinki i dzieliłem się z Ciapciami. Po godzinie zaczęło się suwanie krzeseł i ojciec rozsadził gości. Jak co dzień siedziałem między panem Jabrzemskim i panem Przeźdżieckim. Pokój szumiał rozmową, brzęczał szkłem i nakryciem, pachniał brzeziną z kominka i palącymi się świecami. Kolacja była wyśmienita: sandacz z Bugu po polsku (niestety nie lubiłem wtedy ryb), comber sarni w śmietanie i moje ulubione bażanty, w drodze uroczystościowego wyjątku dostałem też poł kieliszka białego wina. Szampan strzelił na wety i pan Ciecierski wzniósł toast imieninowy. Wszyscy jeszcze raz złożyli Mamusi życzenia i ucałowali jej ręce. Chwilę później za oknami zaczęła się kanonada z batów. Mamusia wyszła na ganek, Adam wyniósł zawczasu przygotowane trunki i zakąski, to furmani składali życzenia. Mamusia jaśniała uśmiechem i tryskała humorem, dziadek patrzył na ,,Maniusię” rozkochanym wzrokiem, tak zresztą jak i ja i ojciec. Wjeżdżała kawa i likiery, część panów odchodziła do winta, a Mamusia z resztą towarzystwa została w stołowym. Pan Antoni wycofał się szybko z kart i wrócił do stołowego, gdzie jak mówił ksiądz Szadurski wygadywał herezje razem z Perzyńskim i stryjem Ignacym.

 

Ja wyniosłem się na drzemkę z Ciapciami przed kominkiem, mowy nie mogło być o pójściu spać do oficyny. Ąż tu nagle nastąpiły „herezje „, których do końca życia nie zapomnę. Perzyński coś pisał, stryj Ignacy, pan Ciecierski, pan Antoni prześcigiwali się w bawieniu pań, które co chwila zanosiły się śmiechem. Brzęk łyżeczki o kieliszek przerwał rozmowy. Perz wstał, podtrzymywany przez wujaszka Wacława (zdaje się, że obaj mieli mocno w czubie) i przeczytał przed chwilą skończoną, „Odę do przepałanki”, brawa były tak szalone, że nie tylko Ciapcie zerwały się na nogi, ale nawet panowie przerwali winta i przyszli do stołowego. Ojciec przyniósł z piwnicy butelkę starki i z odpowiednią przemową wręczył Perzyńskiemu, który prezent przyjął, ale nigdy go nie wypił i zgodnie z odą przestał pić do końca życia. Za chwilę zobaczyłem z przerażeniem, że pan Antoni wyjął węgiel z kieszeni i zaczął coś rysować na obrusie, stryj Ignacy jak to zobaczył poleciał po węgiel i już obaj szaleli rysując głowę Mamusi z profilu. Całe towarzystwo z zapartym tchem śledziło artystów. Adam tylko burczał po cichu, ale też stawał na palcach i gapił się jak urzeczony. Podobno były to dwa najlepsze portrety Mamusi jakie kiedykolwiek zrobili. Jeszcze raz został wzniesiony toast, to dziadek Michał wzniósł go na cześć sztuki. Musiało już być bardzo późno, bo bez protestu pozwoliłem zawinąć się w derkę i ojciec odniósł mnie do oficyny na sita barana.

 

Przedruk z: „Czas”, Londyn, 19. 07. 1972 r.

Jerzy Pieńkowski

 

 

Zdjęcie nagrobka na cmentarzu rodziny Pieńkowskich w Dołubowie.

Share :

Zobacz również

Ustawienia dostępności